Ja na takich spotkaniach przeważnie pełnię rolę "fotografa". Na kilkadziesiąt zdjęć, widnieję może na dwóch/trzech. Warto też dodać, że zazwyczaj widać mi na nich połowę twarzy, albo wyglądam jak śmierć. Później przychodzi czas, że znajomi wstawiają na portale społecznościowe "nasze" zdjęcia, a mnie oznaczają na pustym krzesełku obok.
Nie oznacza to jednak, że pozowania do zdjęć nie lubię. Po prostu w moim zacnym gronie znajomych jest jedna ekstrawertyczka, która skupia na sobie 100% uwagi pozostałych osób i to właśnie ona widnieje na 99,99% zdjęć. Efekt jest taki, że ja automatycznie spadam na dalszy plan i mnie się nie widzi. Moje wypowiedzi też się nie liczą, bowiem wspomniana wyżej osoba zaczyna mnie przekrzykiwać i opowiadać historie swojego życia. Nie mam jej tego za złe, bo jest bardzo pozytywnie zakręcona. Niemniej jednak robi mi się przykro, kiedy przeglądam setki zdjęć ze wspólnych spotkań (na których zawsze się świetnie razem bawimy), które stanowią bardziej pamiątkę dla pozostałych osób aniżeli mnie.
Czasami zdarza się, że spotykam się z koleżanką, która uwielbia urządzać jakieś "sesyjki". Ona na każdym zdjęciu wygląda pięknie, naturalnie, ja natomiast - sztucznie. Ale... wszystko się zmienia w momencie, kiedy takowe zdjęcia powstają z zaskoczenia. Wtedy naturalności mi nie można odmówić. Taki myczek sobie obmyśliła. Zdarza się jednak, (chyba się już na to wyczuliłam) i jestem sztywna jak kij od szczotki, do momentu kiedy aparat nie wyląduje w torbie

Podsumowując: Nie mam nic przeciwko, o ile dobrze się bawię i nie istnieje konieczność sztucznego uśmiechania się do obiektywu. Ale różnie z tym bywa.