Witam,
Mam 22 lata, studiuje biologie w Krakowie. Jest to też moja pasja. Oprócz tego żeglarstwo i książki.
O introwertyzmie dowiedziałem się przypadkiem, przeglądając internet i czytając na wikipedii o typach osobowości. Większość opisu typowego introwertyka pasowała do mnie idealnie. Zacząłem się zastanawiać - gdzie są ci ludzie, gdzie ich spotkam skoro nie mam żadnego znajomego, który choć odrobinę by był do mnie podobny. Tak jak sporo osób tutaj pisze, myślałem że jestem zupełnie osobną wyspą, daleko od wielkich kontynentów. Aż trafiłem na forum...
Wszystko zaczęło się na przełomie liceum/studia. Chodziłem do gimnazjum i liceum w jednym miejscu, więc przez 6 lat miałem tylko jedną garstkę znajomych. Wiadomo jak to jest, jak się dorasta razem to nawet najbardziej różni ludzie się ze sobą zżywają bo dużo wspomnień, setki godzin w jednej klasie itd. Każdy wiedział, że jestem trochę inny ale cieszyłem się sympatią ludzi, chodziłem sporadycznie na imprezy bo to było apogeum buntu młodzieńczego więc alkohol,szlugi, muzyka to był prawie obowiązek. W związku z tym, że mieszkałem daleko i dojeżdżałem do szkoły to nie miałem takiego ,,obowiązku" pojawiać się na wszystkich spotkaniach, wyjściach na miasto itd. Byłem w jakiś sposób wytłumaczony i całkowicie mi to odpowiadało, nawet się nie zastanawiałem nad tym czy powinienem tam być czy nie. Po prostu siedziałem zadowolony w domu albo gdzieś spacerowałem sam. Nadeszły studia... i dostałem od życia z liścia. Nagle się okazało jak wielka przepaść jest między mną a innymi ludźmi. Jak ciężko jest mi rozmawiać z kimś nieznajomym i jak mało mnie interesuje kim on jest. Nagle się okazało jak mocno mnie męczy wspólne wracanie z zajęć jednym tramwajem. Jak wkurwia mnie siedzenie w 10 osób przed zajęciami i opowiadanie jakichś totalnych bzdur. Nawet zaczęło mnie fascynować jak to możliwe żeby tak długo kontynuować rozmowę o niczym kiedy jak już 15 zdań wcześniej bym ją zakończył. Każdy coś dorzuci, każdy po zdaniu, każdy wtrąci delikatny żarcik i wszyscy ,,he he he". Zauważyłem, że interesuje mnie wszystko oprócz ludzi. Że czas spędzony na piwie z nieznajomymi, który ma być tym czasem na zapoznanie i żeby było fajnie i żeby do kontaktów w telefonie zapisać kolejny nudny numer jest czasem najbardziej straconym. Chyba wolałbym już oddzielać mak od pieprzu, poćwiczyłbym przynajmniej precyzje. Obracam się w towarzystwie ,,biologów", od których nic się nie dowiem, nie porozmawiam na tematy nawet zbliżone do naukowych. Dowiem się tylko, że ktoś napisał egzamin na kacu i go zdał i trzeba iść dalej pić. Dlatego często bywa tak (to moja stara sztuczka), że bardzo szybko się zmywam, najlepiej żeby nikt nie widział, że odchodzę i nie wołał czemu sobie idę. Po prostu mnie nie ma. I jak już jestem w bezpiecznej odległości to wszystko co złe, puszcza. Jestem już sobą, już jest spokój. W ogóle mi nie przeszkadzają ludzie, których mijam po drodze, bo wiem że nie muszę z nimi gadać. Nie muszę się zastanawiać na odpowiedzią, nie muszę uczestniczyć w żadnej dyskusji, która i tak do niczego nie prowadzi, byle tylko kłapać jadaczką. Nie wiem jak ludzie biorą z tego przyjemność.
Uwielbiam cisze, naturę i najbardziej dzikie miejsca daleko od miasta. Prawdopodobnie z tego co napisałem wywnioskowaliście, że jestem zgorzkniałym wiecznie obrażonym gościem. Wprost przeciwnie, często się uśmiecham i bardzo mi brakuje spokojnych ludzi z którymi można pospacerować nawet w ciszy i dobrze spędzić czas. Dobrze, że istnieje to forum i dobrze że jesteście
