Introman24 pisze: 12 sty 2022, 23:54
Piszesz tylko o tych zawałach a mi chodziło nie tylko o nie tylko o to że ludzie umierają w szpitalach na różne choroby ale z racji tego że mieli test pozytywny na covid trafiają do statystyk Ministerstwa Zdrowia jako zgony covidowe dokładniej do rubryki zmarli
z a nie
na covid. Przy czym sam test może dawać fałszywy wynik, stąd może rzeczywiście tyle ludzi przechodzących bezobjawowo ujętych w statystykach jako ozdrowieńcy. Niedzielski kiedyś tłumaczył że np. w Niemczech w statystykach zgonów podają zgony tylko tych u których wykryto choroby współistniejące. Tak naprawdę to od opinii poszczególnego lekarza zależy jak zakwalifikować dany zgon. Natomiast na tej podstawie można jak najbardziej przypuszczać że spora część z tych osób umarłaby nawet jakby covid by w ogóle istniał ponieważ to nie on był przyczyną śmierci.
Chyba próbuję patrzeć na to z innej strony - spora część osób nie umarłaby, gdyby właśnie teraz, podczas przechodzenia innych chorób, nie dorwał ich covid. Więc to covid był bezpośednią przyczyną ich śmierci, nawet jeśłi zmarli na zawał. Na podstawie swoich znajomych pracujących w szpitalach, i na oddziałach covidowych, pozwolę sobie stwierdzić, że jeśli ktoś jest bezobawowy i nie umiera wprost na covidowe objawy, to nie wpisuje się mu covid jako przyczyny. Taką wpisuje się tym którzy wprost chorują. Być może gdzieś indziej jest inaczej. Ale mam wrażenie że to powtarzana historia z początków pandemii i kompletnego wtedy chaosu w szpitalach. Na dodatek opiera się na "może" fałszywy wynik testu, "może" lekarz wpisał złą przyczynę zgonu. Takie troszkę dorabianie faktów do ideologii.
Powiem że osobiście nie miałem covida, nikt z moich najbliższych nie miał (a przynajmniej objawowego) ale znam też osoby które rzeczywiście przechodziły tą chorobę ciężko ale jednak większość zniosła to lżej. Niestety również pewna osoba z mojej bardzo dalekiej rodziny zmarła, wykryto u niej covid. Tylko z góry muszę dodać że niestety była to osoba mająca prawie 90 lat, od dawna chorująca o bardzo słabym zdrowiu. Reszta dalszej rodziny nawet jak to złapała to przechorowała stosunkowo łagodnie. Podobnie w otoczeniu. Też widziałem jak zabierali ludzi z sąsiedztwa do szpitali z covidem ale na szczęście każdy z niego wrócił.
Jak powyżej - rozumiem, że osoba mająca 90 lat była słabszego zdrowa, ale jaki to ma być argument? Że zachorowałaby na inną cięższą chorobę i też by zmarła? Ok. Ale zachorowała i zmarła przez covida. Z bloku rodziców kojarzę na szybko 3 starsze małżeństwa, w dwóch przypadkach jedno nie wróciło ze szpitala, w jednym oboje, w odstępnie kilku dni. I znamienne w tym jest właśnie to, że nie byli zaszczepieni. Trudno gdybać czy szczepionka by im pomogła czy nie. Ale sporo innych osób, które poszczepione były jakoś jednak nie zachorowały, mając podobny wiek czy stan zdrowia. I jest duża szansa, że gdyby zachorowały, również mogłyby mieć problemy. Można się spierać na temat szybkości wprowadzenia szczepionki, czy użytej technologii. Ale to nie zmienia tzw dużego obrazka. Tutaj wracamy do przekazu i informacji wokół całej pandemii. Tak, niby każdy swój rozum ma i powinien wiedzieć, czy warto się zaszczepić czy nie. Ale jeśli więcej słyszy/widzi się, że może jednak niekoniecznie, to sporo ludzi posłucha. Bo w tv postraszyli powikłaniami, bo wnuczek powiedział, że spisek czy eksperyment. Bo sąsiadka też się nie szczepiła. A to już grzech zaniechania jest.
Zresztą ja nie twierdzę że covidu nie ma ani że nie ma osób które przechodziły go ciężko lub na niego umarły. Zauważam tylko że większość chorych wyzdrowiała a tych którzy w ogóle nie odczuli choroby lub znieśli ją łagodnie jest o wiele więcej niż tych którzy zmarli. Więc uważam że mimo wszystko panika jaką wywołują media jest mocno przesadzona i ma negatywne skutki dla ludzi gorsza niż sama choroba. A jeśli chodzi o leczenie to też nie pomaga traktowanie chorych na covid przez służbę zdrowia jak trędowatych i cała ta panikarska otoczka.
to oczywiste, sposób w jaki media albo straszą, albo ignorują, jest niepoważny i robi ludziom wodę z mózgu. I oczywiste jest, że tych którzy zmarli jest mniej, niż tych którzy wyzdrowieli. To nie Ebola z 40% śmiertelnością. Szkoda tylko, że na tą Ebolę od początku jej poznania zmarło na świecie mniej ludzi niż na Covida. Choćby dlatego że inaczej się roznosi. Więc z globalnego punktu widzenia jest mniej niebezpieczną chorobą, nawet jeśli lokalnie uderza dużo mocniej. W przypadku covida (tak wiem, być może przekłamane statystyki) śmiertelności wychodzi 1-3% w zależności od kraju. W PL zauważalnie powyżej 2%. To wg Ciebie mało? W bloku moich rodziców jest 80 mieszkań, w każdym statystycznie mieszkają 3 osoby (strzelam), czyli 240 osób. Wg statystyki 6 umrze. Biorąc pod uwagę, że blok niemłody, i wiek mieszkańców zapewne powyżej średniej, pewnie będzie to 10 czy więcej (i o tylu osobach mniej więcej wiem). Przez analogię, na nowych osiedlach gdzie same młode małżeństwa mieszkają, może faktycznie taka liczba wynosi zero. Te liczby to mało czy dużo? Ile takich bloków jest w 500tys mieście? A ile w Wwie? Nie wiem, może to tylko ja tak mam, ale jak dla mnie to wychodzi już poza przypadkowego sąsiada, który umarł (w uproszczeniu) ze starości czy na 'jakąś' chorobę. Bo wcześniej też ktoś przecież umierał w przykładowym bloku, ale raz na rok, czy raz na dwa lata. A nie 10 w ciągu roku.
22% więcej zgonów rok do roku to mało czy dużo? Jak to wypada w porównaniu do innych krajów, w których ta liczba (przy dużo większych numerkach zachorowań) wynosi 10%, albo... 0? Dlaczego "przypadkiem" istnieje zauważalna korelacja między ilością zaszczepionych w danym kraju, a ilością zgonów total czy też tych czysto covidowych (jakby nie były liczone).
Czyli co, ci chorzy na zachodzie to sami Polacy i Somalijczycy? Ja nie mogę, wszystko by się udało gdyby nie źli Polacy

Naprawdę wierzysz że ci wszyscy chorzy na zachodzie to niezaszczepieni co nie przyjęli ani jednej dawki?
Nie, nie wszyscy. Ale sporo w stronę dużo. Wg oficjalnych danych w Norwegii więcej niż połowa nowych przypadków to obcokrajowcy. Emigranci pracują i są zarejestrowani, zarejestrowane jest również ich szczepienie lub jego brak. A od czasu do czasu na rządowych szczeblach dyskutowany jest problem niezaszczepionych emigrantów, którzy generują problemy/zastoje w miejscach gdzie pracują. Taka niezbyt znana specyfika krajów, w których emigranci stanowią zauważalną część społeczeństwa. Tutaj nie ma specjalnej filozofii. Do pracy przyjeżdżają ludzie młodzi, najczęściej zdrowi i silni, a do tego z dużym poczuciem 'wyzwolenia', a jednocześnie buntu antysystemowego (wynikającego zarówno z niezadowolenia z kraju, który musieli opuścić, jak i z pewnej postawy obronnej, i poczucia że w miejscu docelowym jako emigranci są traktowani gorzej niż 'natywni'). Do tego dla sporej części ludzi to fb czy inne internety są głównym źródłem informacji i wiedzy o świecie. To oczywiście duże uogólnienie. Chodzi mi o pokazanie, że to jest zauważalnie inny "odbiorca" dowolnego przekazu niż polscy emeryci wsłuchani w państwowe media. Przy czym warto tutaj zaznaczyć, że państwowe media tak "promują" szczepienia, żeby przypadkiem nikogo nie urazić. A ta część emerytów która ogląda tv z Torunia dostaje już praktycznie otwarty przekaz negatywny w tej kwestii. W efekcie wyszczepienie starszych (czytaj narażonych) jest ciągle niskie, co z kolei przekłada się na wysokie numerki w statystykach.
W przeciwieństwie do PL, tutaj od początku można było rejestrować swoje 'zagraniczne' szczepienia do norweskiego systemu. W PL zdaje się można od kilku tygodni. Chociaż mam wrażenie (tryb złośliwości on), że chodzi tylko i wyłącznie o podbicie statystyk przez osoby, które szczepiły się za granicą, ale to już moja interpretacja. Realne szczepienia stanęły. Jakby się dodatkowy milion czy dwa zarejestrowały ze swoimi szczepieniami, to zbliżymy się do 60% i będzie lepiej wyglądało. A to, że te osoby w PL nie przebywają i realnie tych procentów nie powiększają, to już drobiazg...
Z narracją na temat dawek to tworzysz frywolnie. Od początku była mowa że najprawdopodobniej będzie potrzebna dawka przypominająca, podobnie jak w przypadku grypy.
Ciekawe kto mówił bo jakoś rządowi eksperci i kampania "Ostatnia prosta" twierdzili coś innego. Miała być odporność na długie lata a tutaj ledwo pół roku a już nawet cztery miesiące jak we Francji. To już na tą grypę nie trzeba się szczepić co cztery miesiące tylko raz do roku. A tutaj co cztery miesiące boosterek eliksiru. Czy bez tej całej otoczki szczepionka dająca odporność na niecałe pół roku zostałaby dopuszczona do użytku - śmiem wątpić. A co do szczepionek na grypę to w dorosłym życiu nie zaszczepiłem się na nią ani razu i nie zamierzam. Mało skuteczne i co roku trzeba odnawiać. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł by ze szczepienia na grypę robić abonament na prawa obywatelskie jak w tym przypadku.
Rządowi eksperci, w konteście wielu dziedzin zaczyna brzmieć jak oksykoron, w środowiskach medyczno-naukowych nie było takiego hura-optymizmu. To że ktoś uznał, że trzeba 'zareklamować' szczepionkę jako cud, bo inaczej nikt nie będzie chciał się szczepić (kto wie, może całkiem słuszne założenie), nie oznacza, że szczepionka cudem była. A ludziom którzy się zaszczepili stała się krzywda. To mieszanie systemów walutowych.
Co do dopuszczenia - tak, byłaby. Bo była presja czasu i skali. I te pól roku dawało oddech służbie zdrowia i systemom, żeby przygotować się na kolejną falę. To samo dotyczy się ciągłych dyskusji na temat eksperymentów - nie ma 10 lat na testowanie szczepionki, potrzeba jest inna. Pomijam kwestie inne (że nie była zaczynana od zera, że grupy testowe były sporo większe niż przy testowaniu wielu innych szczepionek, że inne technologie, więc te 10 lat nie jest żadnym wyznacznikiem czy must be). Tak, szczepionka nie powinna być reklamowana jako cud. Ale to wina przekazu, a nie szczepionki. W wiadomościach różne bzdury można usłyszeć, ale przecież można je łatwo zweryfikować. Tylko trzeba się wystrzegać, żeby nie mylić przyczyn ze skutkiem.
Mieszanie grypy i jej szczepionek zawiera podobny błąd logiczny jak patrzenie, że covid nie ma umieralności Eboli (czyli takie 'prawdziwej', nad którą warto byłoby się pochylić). Covid to
nie jest grypa. Bliżej do grypy niż do Eboli, ale porównywanie jest zbytnim uproszczeniem i może prowadzić do niewłaściwych wniosków. Wirus jest inny, ma wyraźną sezonowość, której praktycznie nie ma przy covidzie. Z racji skali zachorowań inaczej mutuje itd, itd. A przede wszystkim ma mniejszą umieralność czy wywoływanie ciężkich stanów. Na grypę choruje się w domu, a nie pod respiratorem przynajmniej z globalnego punktu widzenia. Więc szczepienia są tutaj mniej krytyczne. Chociaż pamiętam lata, gdy firma organizowała (dobrowolnie, ale rekomendowane) szczepienia, żeby ograniczyć zauważalną ilość pracowników, którzy się wysypywali.
Ja mnie mam problemu, żeby się na grypę zaszczepić i robiłem to wiele razy. Jedyne co z tego wynika, że Ty jesteś bardziej szczepionko-ostrożny, a ja bardziej traktuję to jako normalny środek zapobiegawczy. Co zapewne przekłada się jakoś na obecne różnice w postrzeganiu sytuacji.
To tylko szczepionka, no pięknie ale jakoś szczepionki na polio czy ospę nie zadziałały tak kiepsko i te choroby znikły. Może dlatego że tworzono je na innych zasadach a nie bawiono się w mRNA. Natomiast widać że szczepionka nie chroni przed zakażeniem zwłaszcza im więcej czasu minęło od zaszczepienia a miało być inaczej.
jak wyżej, porównywanie jabłek z pomarańczami. Co ma polio czy ospa do rzeczy? Tak przy okazji, to zobacz sobie, że tam gdzie szczepienia są zaniedbywane, to te choroby zaczynają się pojawiać z powrotem. Trendy antyszczepionkowe znane były wcześniej niż objawiły się covidy.
Tak miało być inaczej, a wyszło że jest krócej. Może właśnie tutaj potrzeba tych 10 lat, żeby uzyskać szczepionkę która działa dłużej. A może natura wirusa jest taka, że się nie da. To już nie mnie wymyślać. Ale przez fakt, że szczepionka działa na określony czas, nie widzę powodu, żeby sens takich szczepień, szczególnie przy widocznych w skali globalnej efektach.
Nie wiem. Ale swego czasu ostrzegano że nadużywanie antybiotyków może doprowadzić do wyhodowania bakterii odpornych na nie. Tutaj mogło być podobnie chociaż na 100% nie powiem że tak było ale nie wykluczałbym takiego scenariusza. Natomiast inna sprawa jest też taka że gdyby prace nad szczepionkami trwały dłużej niż pół roku to powstałaby taka odporna na każdy wariant ale trzeba było pracować w spokoju zamiast rzucać prototyp do masowej produkcji.
Obawiam się, że nie masz racji w obu kwestiach.
Wirus mutuje się wtedy gdy odpowiednio długo siedzi w nosicielu i ma czas "przetestować', która zmiana pozwala mu się lepiej namnażać (w uproszczeniu). Jeśli zostanie ubity przeciwciałami to się nie mutuje. Bez względu na to, czy są to przeciwciała własne czy ze szczepionki. Z własnymi problem jest taki, że organizm musi je wygenerować szybko i w dużej ilości. Co przy szybko namnażających się mutacjach jest ciężkie do osiągnięcia. Stąd szczepionki, które ten proces wspomagają. Stanowcza większość osób, które były pozytywne po szczepieniach, chorowały lekko i często tylko parę dni. Niektórzy niezaszczepieni potrafili chorować i być pozytywni miesiącami. Ale przede wszystkim stanowcza liczba osób po szczepieniach nie zachorowała w ogóle.
Była kiedyś opisywana historia 'powstania' mutacji beta - młody człowiek leżący kilka miesięcy w szpitalu, z cały czas aktywnym wirusem został uznany za pacjenta zero z tą mutacją. Jest więc raczej dokładnie odwrotnie niż przedstawiłeś.
Bakterie to nie wirusy. Takie upraszanie, bo grypa, bo antybiotyki i bakterie, niestety prowadzi właśnie błędnych wniosków, którymi podpiera się potem inne teorie. Parowóz i elektryczna Tesla działają tak samo, bo oba służą do przemieszczania się?
W temacie szczepionki odpornej na każdy wariant to kolejne "uproszczenie". Na każdy czyli na jaki? Niby jak mieli 'wymyśleć' w laboratorium, w którą stronę wirus się zmutuje? Jedną z zalet właśnie szczepionek mRNA, jest to, że one od początku dawały dużo większą szansę, na odporność przed potencjalnymi mutacjami. I kilka tych mutacji jednak przetrzymały. Do tego widzę tutaj niewypowiedzianą sugestię, że szczepionka już nie działa, co nie jest prawdą. Numerki są większe przede wszystkim dlatego, że wielu krajach pozwolono sobie na puszczenie restrykcji, a większość pozytywnych, a w szczególności chorujących ciężko i umierających to cały czas niezaszczepieni.
To też taka nowa tendencja, że koledzy nie uznający pandemii uczepili się omikrona - teraz każdy przechoruje jak grypę, albo katar dostanie i będzie z głowy. Oby tak było.
Przecież nawet wielki guru covidian Bill G. powiedział że omikron zredukuje covid do zwykłego przeziębienia. Będzie krążył dalej i będą pewnie powstawać nowe warianty ale raczej łagodniejsze w stosunku do poprzednich chociaż rzeczywiście łatwiej się roznoszące.
Nie wiem, nie słucham Billa. Wystarczy mi że muszę używać jego oprogramowania ;-)
Cytuję żeby nawiązać do wcześniejszego paragrafu. Z pojawieniem się omikrona to właśnie środowiska antyszczepionkowe, żeby nie napisać antypandemiczne, najmocniej podkreślają, że teraz to już tylko katar, więc otwieramy i zapominamy. Śmiem twierdzić, że ogólna oficjalna narracja jest jednak dużo ostrożniejsza. To co jest przemilczane (jak zwykle dla mniej wygodnych faktów), że taki stan życia z omikronem zakłada ciągle wyszczepienie znacznej ilości ludzi, a nie zamiast szczepienia. Wersja optymistyczna i dość prawdopodobna, to że kolejne warianty będą łagodniejsze, i samo 'wygaśnie'. Ale to nie jest jedyna prawdopodobna wersja, poza tym to jeszcze nie nastąpiło, więc zrzucanie maseczek i zamykanie punktów szczepień byłoby conajmniej lekkomyślnością.
twierdzenie, że omikron to katar jest nieprawdziwe. Wywołuje mniej ciężkich przypadków i śmierci, ale ciągle je wywołuje. W przypadku efektu skali, ilość umierających i miejsc w szpitalach wcale nie musi się zmniejszyć, zwłaszcza w krajach, które olały szczepienia. I do tego piłem w kwestii matematyki, bo to naprawdę łatwo można sobie przeliczyć.
A to wcale nie musi oznaczać, że mniej ludzi trafi do szpitali czy umrze (matematyka, 2ga klasa podstawówki).
Jeśli omikron nie powoduje ciężkich objawów to jak te szpitale mają się zapełnić?
Twierdzenie, że omikron nie powoduje ciężkich objawów jest nieprawdziwe. To jest główny problem w tych wszystkich dyskusjach, że trzeba dyskutować z nieprawdziwymi argumentami, czasem uproszczenia, czasem specyficzna interpretacja, czasem wybiórcze zapożyczenia, a czasem najzwyklejsza nieprawda. To jest ten moment, kiedy ciężko uciec od używania argumentów ad personam, jeśli chce się nazwać stan rzeczy po imieniu. Więc raz jeszcze: Omikron wywołuje mniej ciężkich przypadków i śmierci, ale ciągle je wywołuje. W przypadku efektu skali, ilość umierających i miejsc w szpitalach wcale nie musi się zmniejszyć, zwłaszcza w krajach, które olały szczepienia. W krajach które szczepień nie olały liczby pozytywnych przypadków poszybowały, głównie wśród niezaszczepionych, podczas gdy liczba przypadków szpitalnych trzymana jest pod kontrolą, przynajmniej na razie, bo to jeszcze może się okazać. Może się okazać, że omikron jest wprawdzie mutacją 'w dobrym kierunku', ale to jeszcze nie ta, po której tylko katar. Na razie wygląda, że niektóre odważniejsze kraje zaczynają próbować to sprawdzać. Najbliższe tygodnie pokażą, czy to zadziała, czy się z hukiem załamie i poczekamy na variant "Final Sigma" jeszcze kolejne kilka miesięcy.
A co do masek, szczepionek - rozumiem , żę masz lepsze rozwiązanie. Pewnie takie że wszystko otwieramy, i kto ma umrzeć niech umrze.
Przede wszystkim należało zamiast na szczepionkach skupić się na tworzeniu leków. Nie odrzucać amantadyny, iwermektyny, zwłaszcza tej drugiej ponieważ za dużo jest informacji o jej skutecznym działaniu. Już dawno powinno się ostatecznie rozstrzygnąć kwestie ich działania. Masowa suplementacja witamin zwłaszcza witaminy D (sam biorę odkąd to się zaczęło, może dlatego nic mi nie jest). Leczenie priorytetem. A co do szczepionek - moje zdanie jest takie że jeśli ktoś chce się szczepić to ok, jego sprawa, nic do tego nie mam, nie będę mu blokował drogi do punktu szczepień. Każdy niech decyduje za siebie.
Hmm, no ale już dawno rozstrzygnięto kwestię ich działania i widocznie był powód, że nie zostały powszechnie wprowadzone. Te pozytywne informacje, to mam nadzieję, że coś więcej niż cytowane już w tym wątku artykuły z Rwandy, które same na końcu stwierdzały, że działania leku nie widać. Chyba, że dla Ciebie informacja o skutecznym działaniu leku to wpis na fb "wziąłem i po jednym dniu byłem zdrowy", a pod nim 50 komentarzy "ja też". To wtedy faktycznie dużo "potwierdzonych" przypadków jest. Taki Cannabis też pozytywnie wpływa na drogi oddechowe (są prace naukowe nt leczenia covida tymiż) i (niestety?) skrętów również nie rozdają w szpitalach. Ale to nie jest prawdą, że nad leczeniem się nie pracuje. A w kwestii formalnej leki oficjalne już są. Przy czym te leki (również wymienione wyżej) niekoniecznie pomagają osobom w ciężkich stanach, gdy już trafiają do szpitali. Ba, one nie zapobiegają zachorowaniu, tylko leczą/łagodzą wstępne objawy. Biorąc pod uwagę, że niekoniecznie umiemy te objawy od razu rozpoznać lub uznać je za istotne, naprawdę nie widzę wyższości takich leków nad szczepionką, która w najgorszym przypadku robi to samo - łagodzi przebieg choroby. A w najlepszym jej zapobiega, czego lek nie robi wcale. Mnie się zawsze wydawało, że jednak lepiej zapobiegać niż leczyć. Chyba, że chodzi o to, że lek weźmie tylko ten co potrzebuje doraźnie, a nie każdy z metra. Ale to wtedy trzeba jasno powiedzieć, że ważniejsze jest poczucie wolności niż ochrona zdrowia. Bez dorabiania ideologii i teorii dlaczego to szczepionki są złe.
Suplementacja witaminą D to oczywista oczywistość, chociaż nie ukrywam, że nie słyszałem, żeby było to jakoś sensownie promowane jako ogólna prewencja przeciwko covid, a stanowczo powinno. Ja biorę od z, w lat, w Norwegii mało słońca jest więc bez suplementów ciężko. A tran można kupić w każdym spożywczym sklepie. Z drugiej strony, jakoś Norwegia enklawą wyłączoną z zachorowań nie jest, więc witamina D, nawet jeśli pomaga/wzmacnia odporność, nie stanowi alternatywy dla szczepień.
A co do szczepionek - moje zdanie jest takie że jeśli ktoś chce się szczepić to ok, jego sprawa, nic do tego nie mam, nie będę mu blokował drogi do punktu szczepień. Każdy niech decyduje za siebie.
No właśnie trochę masz, bo głosząc wypowiadając się wyraźnie negatywnie wpływasz na opinię innych, przyczyniając się do tego, że ktoś się jednak nie zaszczepi. Przy całych ruchach antyszczepionkowych, i zauważalnie miękkiej oficjalnej narracji w tym temacie, efekty widzimy właśnie w statystykach i szczepień, śmiertelności. Osobiście poprawniejsze wydaje mi się podejście, żeby jednak zauważalnie zachęcać do szczepień, i podkreślać ich ważność szczególnie dla grup ryzyka, a jeśli ktoś ma wyższy poziom świadomości i uważa, że nie musi to niech się nie szczepi. Niby to samo, ale inaczej, a w szczególności bez negatywnego wpływu na tych co jednak sami zdecydować nie umieją. Tutaj stanowczo kłania się rola systemu i państwa, które powinno dbać o dobrostan swoich obywateli.
"Każdy" to zazwyczaj patrzy przez koniec własnego nosa i nie widzi szerszej perspektywy. Nie będzie to trafione porównanie, ale jakoś zawsze taki tekst kojarzy mi się z osobami które wyprowadzają psa na trawnik, ważne żeby nie narobił na własnym podwórku, bo każdy dba o swoje. A trawnik za płotem to już nie mój. Wiesz, taka różnica w mentalności, gdy widzi się tabliczkę "nie deptać trawnika", podczas gdy psy walą gdzie popadnie, podczas gdy w innych krajach jest "nie wyprowadzać psów", a ludzie rozkładają sobie kocyki i piknikują. Na szczęście to już coraz mniej aktualny obrazek, chodziło mi czysto o różnice w postrzeganiu otaczającej rzeczywistości.