O, zahaczyliśmy jak widzę o drażliwy temat: Drinking home alone?? Looser! Night out drinking with friends? Cool! W tym rozgraniczeniu nie ma wiele prawdy, IMHO.
Problem leży w częstotliwości picia, ilości pitego alkoholu i poziomu irytacji który osiągamy jeśli z jakiś względów nie możemy się napić. To czy chętniej pijemy w towarzystwie czy w samotności ma związek z temperamentem, charakterem, przyzwyczajeniami, ale bynajmniej nie świadczy o byciu żałosnym czy nieszczęśliwym.
Człowiek pijący w zimnego trupa ze znajomymi w każdy weekend może twierdzić że nie ma problemu z piciem, ale zauważy swój problem obserwując poziom irytacji/niepokoju jeśli w któryś z kolei weekend zajmie się czymś innym. Podobnie z człowiekiem który codziennie po pracy wypija 5 piw przed telewizorem twierdząc że piwo to nie alkohol, ale wpada we wściekłość kiedy któregoś dnia są w lodówce tylko dwa piwa. Oba przypadki znam z autopsji. Żaden z nich nie uważa się za nieszczęśliwego, chociaż ich zachowanie, widziane z boku, bywa czasem żałosne.
Podobno "responsible drinking" jest oksymoronem. Całkiem możliwe, ostatecznie nie jest to zdrowa substancja. Co nie zmienia faktu, że lubię pić, ale jednocześnie, póki co, uważam że (pominąwszy pierwszy rok studiów

) piję dość umiarkowanie i w miarę rozsądnie. Mam bardzo niewyszukana gusta. Piwo ma być tanie, wódka czysta, nalewka malinowa i zrobiona w domu. Wino mogłoby nie istnieć, jeśli już, nie może być słodkie. Eh, no i whisky, ale to zbędna ekstrawagancja. W towarzystwie pijam rzadko i umiarkowanie, procenty pozwalają mi czasem nieco życzliwiej spojrzeć na ludzi, ich wady mnie jakby mniej rażą. To na plus. Na minus, wewnętrzny cenzor chroniący otoczenie przed jadowitymi złośliwościami zaczyna działać wadliwie. What a pity.
Nieczęsto miewam kaca, ale jeśli już mam towarzyszy mu migrena którą zwalczyć mogłoby chyba tylko LSD. Podobno mam mocną głowę i za wyjątkiem zwiększonego poziomu złośliwości, skłonności do tematów filozoficznych i Lepperowskiego rumieńca a la cegła klinkierowa nic po mnie nie widać.
Chętniej niż ze znajomymi, piję w domu. Czuję się pewniej, mogę wypić więcej, i w ogólnym rozrachunku wychodzi taniej

Zauważyłam z pewnym zdumieniem, że pewna, dość znaczna ilość alkoholu pozwala mi odczuwać emocje, ba, sprawia nawet że ogarnia mnie melancholia i wręcz płaczę przy tak błahych okazjach jak szarża Rohanu na Pelinnor fields. Dziwne, zważywszy że na trzeźwo nawet złamanie z przemieszczeniem nie zmusi mnie do płaczu. I'm becoming maudlin in my old age

Anyway, jedyne co mnie lekko niepokoi to powody dla których piję. Piję żeby zapomnieć, zagłuszyć skrzeczącą rzeczywistość, przenieść się głęboko w świat książki czy filmu. Ot, rodzaj eskapizmu. Tyle, że ja to juz gdzieś widziałam, całkiem niedawno. Następnym etapem jest picie, żeby zapomnieć że się pije. A następnego etapu już nie ma. Dlatego ostatnio znacznie rzadziej pijam w domowym zaciszu.